6 mar 2015

Bieg Tropem Wilczym

Ani odrobinkę nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że serio serio piszę ten post prawie od tygodnia i przynajmniej trzy razy kasowałam go całkowicie. Jakoś mi nie wychodzi chwalenie się, a tak się śmiesznie składa, że w minioną niedzielę po raz pierwszy ever dobiegłam do mety jako druga z biegaczek wszelkich! Jeszcze śmieszniejsze, że dzień wcześniej chodziłam po domu i żartowałam, że jadę wygrać bieg. Prawie miałam rację.

Wcale nie planowałam takiego biegu. Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że około 20 km od mojego domu jest organizowany Bieg Tropem Wilczym i pierwszych sto osób dostanie pakiety startowe za darmo. No lubię darmowe starty, okej?
Przepadłam. Przeplanowałam powroty z Krakowa do domu, zepsułam totalnie wszystkie plany, które miałam wcześniej i postanowiłam odwiedzić Zakliczyn. (I słusznie, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.)
Od samego początku nastawiałam się na ten bieg z myślą, że mam dać z siebie wszystko, sprawdzić, gdzie jestem z moimi przygotowaniami do maratonu, porównać to z tym, gdzie być powinnam i zorientować się, w jaki czas celować na Półmaratonie Marzanny. Brzmi, jakby dużo zależało od tego biegu, co? Dobrze brzmi. Nawet jeśli zamiast 10 kilometrów musieliśmy biec 11.
Przed startem miałam taką kluchę w gardle, że słowem nie odezwałam się do Night Runnersów, tylko łaziłam dookoła i rozmawiałam z pijaczkami, którzy stwierdzili, że tak ładnie się rozgrzewam, że na pewno wygram. Tylko żebym wybrała dobrą strategię biegu - najpierw trzeba lecieć super szybko, tak, żeby załatwić sobie miejsce w czołówce. Potem trzeba zwolnić, żeby mieć siły na mocny finisz. Powiedziałam OKEJ! Dzięki za dobrą radę, będę się starała! I ustawiłam się na starcie.

źródło:radiokrakow.pl, widać moje buty!

Ja p#(*%&(#@ jak tam po drodze wiało! Ale tyyylko do siódmego kilometra, potem już nie. Nieważne, że po siódmym kilometrze to już prawie był koniec. Starałam się, mordowałam, leciałam jak szalona, aż polubiłam gumki do włosów. Wszystko po to, żeby wycisnąć to średnie 4:50 i nie odpuścić, nawet kiedy zdawałam sobie sprawę z tego, że mam dość przewagi nad kolejną kobietą, żeby móc spokojnie odpuścić. Nope. Nie biegłam po to, żeby być szybszą od innych, tylko żeby utrzymać swoje założone, święte i nieodwołalne tempo.
I udało się! Skończyłam z średnim tempem w granicach 4:51, było pięknie, wesoło, a potem wieczorem spało mi się bardzo dobrze.

Powiecie: cóż to za tempo, to nie jest tempo na drugie miejsce w KA, w Warszawie to byś była tysiącmilionowa.
Może i tak! Ale ja biegłam w Zakliczynie :D

źródło: facebookowy profil biegu w Zakliczynie



8 komentarzy:

  1. Super! Tempo, jak dla mnie, niesamowite :D
    Więc jakie plany na Marzannę? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super Małga! To był dobry weekend hahaha :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Super czas, gratuluję :D i nieźle sobie plany poprzestawiałaś ;)

    OdpowiedzUsuń

Hej hej :) Pięknie dziękuję za każdy komentarzyk! Postaram się wpaść z rewizytą!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...