Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

5 lip 2016

Wielka Pętla Małgowa

Jest taka trasa, która pokonuje mnie za każdym razem, kiedy się za nią zabieram. Every. Fuckin'. Time. Nieważne, jak dobry mam dzień, są górki, na które nie potrafię wbiec za jednym zamachem i muszę sama przed sobą udawać, że zauważyłam coś, czemu koniecznie muszę zrobić zdjęcie. Z tym na szczęście nie ma problemu, bo widoki po drodze są niczego sobie.
Tak się składa, że akurat kilka dni temu wybrałam się na bieganie po Wielkiej Pętli Małgowej (podobieństwo do Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej nieprzypadkowe), która, rzecz jasna, jak zwykle skopała mi tyłek. Odrobiłam lekcję pokory, a przy okazji zdałam sobie sprawę z tego, że dysponuję kilkoma miłymi zdjęciami zrobionymi w kryzysowych momentach wszystkich pór roku. No dobra. Może nie wszystkie są kryzysowe, ale wszystkie zrobione na trasie, z którą łączy mnie największa love-hate relationship na świecie.
Dzisiaj właśnie o tym.

Grudzień.

27 kwi 2016

Poranne inspiracje, czyli wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Dzisiaj będzie króciuteńko i treściwie (yayyyy!), a minitekścik będzie dotyczył motywacji. A właściwie tego, że sposobów na zmotywowanie się do działania jest tyle, ile ludzi i każdy powinien poświęcić chwilkę, żeby znaleźć swój. Unikatowy. Najfajniejszy. Skrojony na miarę.
Zapraszam na studium przypadku morning girls - Iwony i Małgi.

9 kwi 2016

Co się da zrobić z Małgi?

W ciągu ostatnich miesięcy jest mnie tu tak mało, że aż mi wstyd. Że aż czasami zastanawiałam się, czy w imię przyzwoitości nie powinnam skasować bloga i udawać, że nigdy nic nie zaszło, nigdy mnie tu nie było i w ogóle nic nic. Ale nie mogę, bo jest tutaj zbyt wiele postów, które, choć pozornie nic nie znaczą, są dla mnie super ważne i lubię do nich czasem wracać.
Jednak właśnie zamknęłam piąty tydzień zbierania się do kupy i stwierdziłam, że skoro zaczynam ładnie biegać, to może i z blogaskiem dam radę dojść do porządku. To takie ziarenko ekshibicjonizmu, które tkwi w każdym człowieku i czasem daje o sobie znać. Musiałam wrócić, żeby móc kolekcjonować wspomnienia.
Tak na dobry start postanowiłam dać znak życia, napisać, co robię, żeby pewnego pięknego dnia osiągnąć szczyt swoich możliwości. Bo właśnie rozpoczęłam proces doprowadzania Małgi do stanu używalności. Do dzieła.


26 paź 2015

2 Cracovia Półmaraton Królewski - kolejny prezent od losu

Tak na sam początek - jeśli brakuje wam motywacji i każdego dnia powtarzacie sobie przed treningiem, że bez ciężkiej pracy nie będzie życiówki, to raczej nie czytajcie tej opowieści. Naprawdę.



7 paź 2015

II Mościcki Bieg - peszek, peszek, Małga

Na II Mościcki Bieg pojechałam jednym, jedynym autobusem, który jechał ode mnie z wioski w okolicach dwunastej. Takim, którym miałam dotrzeć do Tarnowa na styk, pod warunkiem, że się nie spóźni, a potem miałam minutę na kupienie biletu na przesiadkę. Autobus miejski też nie mógł się bardzo spóźnić. W razie gdyby wszystko przyjechało na czas, zostawało mi jakoś dziesięć minut na dotarcie z położonego nie-wiadomo-gdzie przystanku do położonych nie-wiadomo-gdzie namiotów z biurem zawodów i odebranie numeru startowego.
Oczywiście, że mogłam pożyczyć auto od rodziców. Oczywiście, że mogłam pojechać wcześniejszym busikiem. Ale po cichu liczyłam na to, że może jednak coś pójdzie nie tak i będę mogła bez wyrzutów sumienia wrócić do domu. 
Właśnie tak bardzo nie chciało mi się tam jechać.


A z samym biegiem było tak:
Dzień wcześniej postanowiłam, że (o ile dotrę na czas), to będę się starała pobiec dobrze. Tak, żeby sprawdzić, jak nisko upadłam i jak bardzo dużo pracy przede mną.  Być może pobiegnę w Tarnowie jeszcze jedną dyszkę w tym roku, w listopadzie i to byłby całkiem ciekawy eksperyment, sprawdzić, co może się zmienić w ciągu dwóch miesięcy (oby!) normalnych treningów.
Trochę zaniepokoiłam się w trakcie rozgrzewki, kiedy pulsometr zaczął mi pokazywać liczby z kosmosu, które w trakcie rozgrzewki w ogóle się nie powinny pojawiać. Wkurzyłam się więc, machnęłam maczetą i skończyłam rozgrzewkę, żeby się nie denerwować. Było troszkę po południu, piękne babie lato, słońce zaczęło tak przypiekać, że jeszcze zanim wystartowaliśmy, wiadomo było, że będzie ciężko. Później okazało się jeszcze, że trzy razy musieliśmy przebiegać przez miejsce, gdzie robił się imponujący przeciąg między ulicami. 
Przed biegiem głównym pobiegły najmłodsze dzieci i gimnazjaliści, przyszłość biegowej sceny muzycznej. Na starcie dla staruszków stanęło około 200 osób, całkiem ładnie, jak na imprezę organizowaną przez firmę produkującą różne alchemiczne ustrojstwa.


PUFF! Ruszyliśmy!
Wystartowałam z myślą, że tak długo, jak tylko się da, postaram się trzymać 4:50. Plany zmieniłam bardzo szybko, bo już na drugim kilometrze, kiedy, delikatnie mówiąc żołądek niezbyt fajnie zbliżył mi się do gardła. Zwolniłam tak, żeby nie fiknąć gdzieś po drodze, bo ludzie odpowiadający za pomoc medyczną akurat dostali jedzenie i głupio byłoby im psuć posiłek.

Tuż przed trzecim kilometrem byłam o tyci, tyciusi, wąski jak ostrze maczety krok od podjęcia decyzji o skończeniu zabawy z ludźmi biegnącymi na 3 kilometry, ale jak na nieszczęście zapatrzyłam się na stolik z wodą i przegapiłam zjazd do mety. Troszkę poprzeklinałam w myślach, bo nie pozostało mi nic innego, jak udawać, że nic się nie stało, że czuję się świetnie i wcale prawy but we współpracy ze skarpetką nie robią mi miazgi z pięty. Prawie cały czas biegłam w bardzo męskim towarzystwie, co zdecydowanie miało swoje zalety na wietrznych kawałkach. 

fot. Tomasz Schenk
Mniej więcej w połowie trasy zrobiłam kawał bardzo skomplikowanej matematyki, z której wywnioskowałam, że koniec końców nie będzie aż tak źle, jak myślałam i do metry w najgorszym razie dotrę w okolicach 53 minut. Gdyby ktoś dzień wcześniej powiedział mi o takim wyniku, poczułabym się bardzo niedoceniona, nawet biorąc pod uwagę przerwę, po której miałam startować, ale po prawie pół godziny męczenia się w okolicznościach, które super bardzo mi nie sprzyjały, brałam taki wynik w ciemno.
Rzecz jasna podczas szacowania wyniku się pomyliłam. O ponad dwie minuty, akurat w tę lepszą stronę. Na metę wbiegłam z uśmiechem, nawet całkiem zadowolona z siebie, z 50:48 na zegarku. Bez szału, ale i bez tragedii. A na tej beztragedyjności zależało mi najbardziej.



Dopiero później odkryłam, że na cztery starty tej jesieni po raz drugi byłam czwarta w kategorii. Nie no, nie mam nic przeciwko czwartym miejscom, uważam, że nie oznaczają "jesteś frajerem", tylko "no sorry, po prostu pech", ale cholerka. Dlaczego trzecia osoba zawsze wyprzedza mnie w jakiś poniżający dla mnie sposób? Tym razem to była dziewczyna, która dzikim pędem rzuciła się na ostatniej prostej. Nie ścigałam się z nią, bo nie lubię tego robić, nie lubię nadrabiać sekund na ostatnich metrach, jeśli nie zarobiłam na nie całym biegiem.To chyba zła zasada, bo coś kiepsko na niej wychodzę.
Co nie zmienia faktu, że klaskałam bardzo, bo widać było, że wszyscy, którzy stanęli na podium, starali się bardzo i wymęczyli fest fest! (Żeby nikt mnie tu o zawiść nie posądził!) A najstarsi zawodnicy to już w ogóle szaleństwo.


W tej sytuacji nie zostało mi nic innego, jak trzasnąć sobie zdjęcie z reprezantami ITMBW z Krakowa (W sumie to mam nadzieję, że nie mają nic przeciwko temu, że wrzucam tu to zdjęcie) i pojechać do domu. Za rok trzeba będzie wrócić i odbić sobie tegorocznego pecha.
Kilka słów o organizacji: super, za darmo, całe mnóstwo atrakcji dla dzieci, pomiar czasu z czipami zwrotnymi, trasa w formie trzech pętli, w miarę płaska z jednym niewielkim wzniesieniem, bardzo dobrze oznaczona, wody pod dostatkiem, kilka zdjęć też się znalazło, a dla chętnych za metą zupa w zamykanych pudełeczkach.

Tak to właśnie z II Mościckim Biegiem było. Ciekawa jestem, czy wyjdzie test z dwoma dyszkami z dwoma miesiącami pomiędzy. To mogłoby być ciekawe.
Pozdrawiam,
Mistrzyni Miejsc Czwartych

3 wrz 2015

Moda na bieganie? To ja dziękuję, mody zbyt szybko mijają

Cześć, jestem Małga. Biegam bardziej lub mniej regularnie od trzech lat.
Zbyt krótko, żeby z rozrzewnieniem wspominać czasy, kiedy trenowało się w trampkach, a ludzie szczuli biegaczy psami, żeby się czymś nie zarazić, a zbyt długo, żeby nie pamiętać czasów, kiedy super mega intensywnego boomu na bieganie jeszcze nie było. A teraz jestem świadkiem biegowej transformacji i jestem ciekawa, co mają od powiedzenia ci, którzy biegają jeden-dwa-trzy albo cztery-pięć-sześć i więcej lat na ten temat.
(To sugestia, że byłoby super, gdybyście podzielili się swoim zdaniem)

Jak wszyscy biegają, to wszyscy! - Bieg AGH 2015



No to do rzeczy.

14 sie 2015

Wielka Wyprawa Biegowa - czego mnie nauczyła?

W samo południe! Polana Morgi.

No dobra, przyznaję - kiedy zaczynałam pisać ten post, nie do końca wiedziałam, co właściwie powinnam napisać. Czy było gorąco? Pod górę? To wiadomo od razu. Nie mam też miliona spektakularnych zdjęć, bo Brzanka nie jest spektakularna w taki sposób, jak super wypasione zbocza Tatr i widoki aż do Paryża. Jest zdecydowanie bardziej leśna, wyciszona i subtelna (poezja prawie no!). A jakby brak zapierających dech w piersiach panoram nie był wystarczającym powodem, żeby zdjęcia były przeciętne, to jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że przez większość czasu albo biegłam, albo szybko szłam, wszystko było wilgotne, a w dodatku na szczycie byłam tuż przed południem. Wtedy, kiedy jest bardzo gorąco, a cały świat spowija taka półprzezroczysta mgiełka. I widać jeszcze mniej, niż zwykle.
Dlatego postanowiłam się skupić na tym, czego taka wyprawa biegowa uczy. Nawet jeśli nie do końca była Wielką Wyprawą Biegową, którą miała być.

22 kwi 2015

Kraków odczarowany, czyli 14 Cracovia Maraton

Jest środa.
Emocje już opadły, wszyscy, którzy maratonik biegli napisali już teksty o swoich przeżyciach, ci którzy przez ostatnie dwa dni nie chodzili, stawiają pierwsze kroki, a reszta zdążyła już zapomnieć, że coś tam biegała w niedzielę.
W takim razie chyba czas na małgową opowieść!

Żeby zrozumieć moją euforyczną euforię, trzeba cofnąć się do zeszłego roku, kiedy na trasie krakowskiego maratonu umarłam jakieś pięćset razy z wielu różnych powodów. Powiedzmy, że najbardziej udany debiut to to nie był. Na szczęście mam taki śmieszny charakterek, że kiedy coś totalnie mi nie wyjdzie, stwierdzam, że gorzej już nie może być i następnym razem robię wszystko, żeby poszło lepiej. I dlatego tak okropnie stresowałam się tym biegiem - tylko on mógł wymazać złe wspomnienia.

Hasło na ten rok. Zeszłoroczne okazało się tak chwytliwe, że aż ktoś je skopiował!
Na zdjęciu najlepszy kibic i strażnik godziny, kiedy maratończyk powinien pójść spać - Iwona!
Kiedy piszę, że denerwowałam się przed biegiem, nie żartuję. W sobotę wieczorem pakowałam się na podstawie listy (KLIKSY!), którą wcześniej wrzuciłam na bloga, bo nie potrafiłam ogarnąć, co zabrałam, a czego brakuje. Wiecie co? Dobra jest ta lista, niczego nie zapomniałam. Ale do rzeczy.
Przygotowania zaczęłam już w poniedziałek, rezygnując z węglowodanów aż do środowego wieczora . O tym napiszę osobny post, bo będę musiała wyjaśnić, co o czym i dlaczego myślę. W każdym razie, po trzech dniach gotowanych brokułów popłynęłam na węglowodanowej fali szczęścia po to, żeby zmagazynować moc całej rodziny Iniemamocnych.
W niedzielę rano wsunęłam bułeczki z miodem, ubrałam się siłą woli i ruszyłam w drogę na rynek.
Całe szczęście, że przed startem, w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności, udało mi się spotkać z Anią. Chyba tylko dzięki temu nie padłam tam ze strachu! Szatnia, depozyty, przez chwilę porozmawiałam z "kolegą w białej koszulce", który też biegł na cztery godziny i nagle zaczęło się robić późno.

Na kilka minut przed startem. Wszyscy szukają w rękach dżipiesów.

Plan był taki: pcham się jak świnia do samego przodu mojej grupy, tak, żeby przykleić się do pacemakerów, a potem biegnę z nimi do samego końca, chyba że plan się zmieni. Prawie że wyszło. Rozstaliśmy się na trzydziestym kilometrze.
Szczerze mówiąc nie wiem, co mogłabym napisać o biegu, a czego nie powiedziałam milion razy od niedzieli. Nie jest to jedna z inspirujących opowieści o pokonywaniu własnych słabości i walki o spełnienie marzenia. Raczej dowód na to, że raz na jakiś czas zdarzają się wyjątki od reguł, a maraton może być czystą przyjemnością. Tak po prostu - było fantastycznie, doskonale i rewelacyjnie. Bez żadnych ścian, smuteczków, bez cienia bólu. Jakby to była leciutka dyszka o poranku w najdoskonalszych warunkach atmosferycznych, jakie tylko możecie sobie wyobrazić.
Nie wiem, jak to możliwe, biorąc pod uwagę ilość opuszczonych treningów, ale jakoś tak wyszło. Tak fajnie. Zdjęć raczej nie będę miała pięknych, bo z tego, co pamiętam, dysponowałam tylko trzema wyrazami twarzy: uprzejme zainteresowanie rzeczywistością, bezmyślne spojrzenie filozoficzne i na sam koniec - ahgrrrrrr! Ahgrrrr pasuje najlepiej do atmosfery biegu.

Zignorujcie moją naganną postawę. Przeciskałam się między ludźmi, żeby zrobić ahgrrr.
Troszkę o trasie i organizacji - czy powtórzę się, jeśli powiem, że było fantastycznie? Udało mi się załapać na Toi Toia bez kolejki, na oddanie rzeczy do depozytu czekałam pół minutki, a na odebranie minutkę. Na trasę od samego początku trochę narzekałam, bo kiepsko znoszę psychicznie bieganie w kółko, ale poradziłam sobie po tym, jak w ramach jednego długiego wybiegania zrobiłam kilka średniej długości pętli, żeby się przyzwyczaić. Punkty odżywcze były ustawione co kawałek, a na dwudziestym którymś (siódmym?) kilometrze rozdawano nawet żele! Większość wolontariuszy była bardzo w porządku - wspierali, życzyli powodzenia, a przy wodopojach uwijali się jak małe pszczółki, żeby poradzić sobie z kosmiczną ilością spragnionych biegaczy. Kawał świetnej roboty.

Po drodze najpierw zauważyłam mnie Kasia, która stoczyła heroiczną walkę z kontuzją i nie poddała się. Chwilkę biegłyśmy razem, ale potem musiałyśmy się rozdzielić i zaczęłyśmy rytuał machania sobie na nawrotkach. To było strasznie fajne - biec i szukać znajomej twarzy.
Dodatkowo na plus minus trzydziestym kilometrze spotkałam Marysię i poziom fajności biegu podniósł się jeszcze bardziej. Potem odpaliłam motorek, który gdzieś tam we mnie cały czas siedział i zostawiłam balonik w tyle.
Pyk! Tak właśnie minęło ostatnich dziesięć kilometrów i wfrunęłam na metę. Rzecz jasna zdjęć z końcowych metrów nie mam. Są z sekund tuż przede mną, z sekund tuż za mną, ale mnie nie ma. Uwierzcie mi na słowo, że sama tam dotarłam. Za metą medal, folijka buziaczek dla mamy i taty, którzy pierwszy raz ever widzieli mnie na maratonie, a potem już tylko mnóstwo jedzenia. I jeszcze trochę M&Msów.

Jak to możliwe? Numer po biegu mi zbiegł, a medal wyładniał!


Jak podsumować to, co się stało? Dla mnie niedzielny bieg był dowodem na to, że do maratonu trzeba podchodzić z respektem, ale niekoniecznie z lękiem. Czasem może być naprawdę super.
No i życiówkę zrobiłam. To też miłe.

18 kwi 2015

Lepiej nosić niż się prosić - pakujemy się na maraton

Szybka piłka - najpierw sama przemyślałam sprawę, a potem dodatkowo zapytałam znawców tematu o to, co powinno się zabrać na maratona. Do torby albo plecaka.

Tak było w październiku.

Jako że dziś mało kto ma czas na czytanie długich opowieści o życiu i szczęściu, lecimy z listą do odhaczania. Najpierw rzeczy wyznaczone przez profesjonalistów i mnie, a potem te mniej super, takie, o których zwykle się pamięta.
O wybranie trzech niekoniecznie oczywistych maratońskich przydasiów poprosiłam kilka znajomych mi osób. Jesteśmy na różnych etapach biegowej kariery, ale łączy nas jedno - przynajmniej raz zmierzyliśmy się już z ogarnianiem maratońskich przygotowań. Zobaczcie, na co warto zwrócić uwagę.
Na pierwszy ogień idą rady od pań dla pań i panów.


I kilka słów pół żartem, pół serio od panów!



A na koniec moja, piękna lista, która częściowo uwzględnia powyższe punkty. TUTAJ możecie pobrać ją w pdf-ie z super krateczkami do odznaczania, kiedy już coś zabierzecie.
Jeśli czegoś brakuje, a wiecie, że na takiej liście powinno się znaleźć - dopiszcie w komentarzach! To samo dotyczy pytań, wątpliwości i "Nie, Małga, nie masz racji".



Wszystkim, którzy będą jutro walczyć, tym, którzy będą zamarzać, kibicując i tym, którzy jedząc niedzielny obiadek pomyślą cieplutko o wszystkich, którzy męczą się gdzieś tam na ulicach, życzę samych najlepszych rzeczy!
Jutro po południu będziemy świętować, bez względu na uzyskane czasy, PR-ki lub ich brak!!!
Do zobaczenia!
Małga

6 kwi 2015

Co robić (a czego nie robić) dwa tygodnie przed maratonem?

To już! Każdego ranka wstaje się i widzi jedną cyferkę mniej na pasku w telefonie, gdzie kalendarz odlicza dni do biegu! (Bo nie tylko ja mam tak ustawione, prawda?). Od dzisiaj należy częściej sprawdzać pogodę, zbliża się czas trudnych decyzji odnośnie koloru skarpetek na start, trzeba będzie udawać, że je się mniej słodyczy i że się nie stresuje.
A w tym stresie (którego rzecz jasna wcale nie ma, to tylko takie hipotetyczne rozważania) można zrobić naprawdę wiele głupot, które mogą skutecznie uprzykrzyć życie i - przede wszystkim - wielki, wielki dzień.  Dlatego, korzystając z mojego obłędnego doświadczenia maratońskiego (takieeeego doświadczenia!) postanowiłam zebrać wszystkie błędy, które zdążyłam popełnić, te, których udało mi się uniknąć, bo popełnił je wcześniej ktoś inny i jeszcze te, od których chciałabym uciec, ale wiem, że się nie da.
Ale najpierw rzeczy, którym powinno się poświęcić uwagę.




TO RÓB


TRZYMAJ SIĘ PLANU (choć ten jeden raz)
W ciągu ostatnich miesięcy kilka(naście) razy przez przypadek opuściły ci się długie podbiegi i bardzo tego żałujesz, a nie ma ich w tabelce na ostatnie dwa tygodnie? Jest ci smutno, bo trzeba było ominąć kilka długich wybiegań? Nie czujesz się pewnie, bo twoje tempo maratońskie wydaje się jakieś dziwne? Mówi się trudno i biegnie się dalej!
Nie oszukujmy się - maraton rozliczy cię z wszystkiego, co zostało zaniedbane, w najgorszym razie dystans zrobi z ciebie mięso mielone, przeżuje i wypluje, a potem przez tydzień będziesz chodzić jak kaleka. Ale nie martw się. Tu nie ma ani odrobiny sarkazmu, bo sama się tak pocieszam. Jeśli biegasz w miarę regularnie, przebiegniesz to. Pod warunkiem, że nie będziesz próbować naprawiać kilku miesięcy w dwa tygodnie.

SKARPETKI NAPRAWDĘ WYBIERZ (i wypierz) WCZEŚNIEJ
Jeśli masz upatrzone spodenki, w których chcesz przebiec maraton, a jeszcze ich nie masz w szafie, to to jest ostatnia chwila, żeby je kupić. To samo z każdym innym elementem stroju startowego. Postaraj się wybrać rzeczy, które w jak najmniejszym stopniu wskazują na to, że po dwóch godzinach  w niewiadomych warunkach atmosferycznych zamienią się w ostre żylety, które zamienią bieg w sesyjkę tortur. Jeśli nie mieszkasz w swoim domu (bo na przykład studiujesz albo coś tam), upewnij się, że wszystkie ubrania masz pod ręką i nikt nie będzie ich musiał wysyłać listem poleconym.

SPRAWDŹ, GDZIE BIEGNIESZ
Nie wiem, czy na czysto amatorskim poziomie, który reprezentuję (i z którego dla was piszę) można mówić o jakiejkolwiek sensownej taktyce biegu. W przypadku maratonu zakłada ona zwykle trzymanie w miarę stałego tempa, tak, żeby się nie zarżnąć przed 34 kilometrem. Ale chyba warto wiedzieć, w którym momencie spodziewać się jakiegoś podbiegu albo agrafek, trzeba się psychicznie przygotować na pętle albo długie proste odcinki. Depozyt, punkty odżywiania, ciekawe miejsca, zabytki, we wszystkim warto się zorientować wcześniej. Dla świętego spokoju.

PRZYPOMNIJ SOBIE POPRZEDNIE BIEGI
Warto poświęcić chwilkę na przejrzenie wykresów z poprzednich biegów. Starty kontrolne, poprzednie maratony, ważniejsze treningi. Trzeba podbudować morale, przypomnieć sobie, jak było poprzednio i stwierdzić, że tym razem będzie jeszcze lepiej.

ZADBAJ O WAŻNE RZECZY
W ostatnim tygodniu odbierz pakiet startowy, przygotuj żele i izo, jeśli używasz (koniecznie sprawdzone rzeczy!), zadbaj o uzupełnienie maratońskiej apteczki (wszelkie tabsiki, maści, dla panów - plastry przeciw koszulkowemu krwotokowi). A przede wszystkim - zadbaj o to, żeby cały świat wiedział, że w najbliższym czasie zamierzasz wspiąć się na wyżyny wytrzymałości swojego organizmu i dokonać najbardziej zajebistej rzeczy w swoim życiu (nawet jeśli to n-ty maraton)!

Spraw, żeby ludzie się uśmiechali!


TEGO NIE RÓB


NIE ZACZYNAJ PRZYGODY Z NOWYMI SPORTAMI
Rolki stały w szafie od trzech lat, a teraz masz ochotę je odkurzyć? Niech poczekają jeszcze dwa tygodnie. Ciężko powiedzieć, jak biega się maratony z ręką w gipsie. W telewizji skaczą do wody i też chcesz spróbować? Poczekaj jeszcze dwa tygodnie. Z rozbitą głową możesz wyjść brzydko na zdjęciach. To samo dotyczy wspinaczki wysokogórskiej, ekstremalnych biegów trailowych, parkour i im podobnych.
Uwaga: nie dotyczy szachów i brydża.

NIE WYBIERAJ SIĘ NA TRENINGI W NOWE MIEJSCA
Nie mam tu na myśli ulicy równoległej do tej, którą zwykle biegaliście. Myślę raczej o górze, pod którą biegnie się przez osiem kilometrów, a potem ma się zepsutą nogę przez ostatnie trzy tygodnie przed maratonem. Przeżyłam, nie polecam, tak nie róbcie.

NIE LICZ NA ŻELOWE SZCZĘŚCIE
Trzeba kupić żele, a nie ma ich w żadnym sklepie? Zjeździj całe miasto, ale kup wcześniej, a nie licz na to, że będą na expo. Bo jeśli nie będzie, zostaniesz z niczym, stres cię zeżre na śniadanie, a potem będziesz płakać na trasie. O takich rzeczach warto pomyśleć wcześniej, bo szkoda, żeby taki drobiazg zepsuł cały bieg. Tym bardziej, że ten drobiazg wcale nie jest drobiazgiem, bo dostarcza energii na wysiłek, który pochłonie przecież około dwóch - trzech tysięcy kalorii.

SUPER NAJWAŻNIEJSZY PUNKT - NIE RÓB DRAMATU Z MARATONU
Jeśli twoim celem jest przebiec maraton, nie stawaj na starcie z przekonaniem, że musisz być od kogoś szybszy/szybsza, bo zabijesz całą radość z dotarcia do mety, jeśli nie zrealizujesz swojego absurdalnego planu. Jeśli masz wyznaczony cel, trzymaj się go, ale równocześnie bierz pod uwagę, że nie jesteś w stanie przewidzieć tego, jak zachowa się twój organizm w zależności od pogody i miliarda innych czynników, na które nie masz wpływu. Nie myśl, że wiesz, co cię czeka. Podejdź do dystansu z pokorą, nastaw się na to, że nie będzie łatwo, możliwe, że przyjdzie kryzys.
Ale co tam kryzysy! Przecież jesteś cholernie twardą sztuką, biegaczem który przetrwał okres przygotowań, maratończykiem.  Nie bez powodu mówi się, że maraton trwa kila miesięcy i mierzy kilkaset kilometrów, a ostatnie 42,195 to tylko finisz.

Pokonasz wszystkie trudności, tylko nie te, 

które stworzysz we własnej głowie.


Jeśli macie jakieś dobre rady, podzielcie się nimi! W razie gdybyście przechodzili już maratonofazę, porównajcie objawy z moimi tutaj: KLIKSY.
A w następnym odcinku superprofesjonalnychdoświadczeńMałgi: pakujemy się na maratony!

21 mar 2015

Kraków City Race (Rozgrzewka)

Taka impreza w Krakowie, a jeszcze nigdy w niej nie brałam udziału! Nie do pomyślenia, biorąc pod uwagę to, jak lubię nietypowe wyzwania.
Wczoraj miała miejsce kolejna już (ósma) edycja Kraków City Race- miejskiego biegu na orientację, rozgrzewka przed właściwym rozpoczęciem sezonu. Święto czołówek i map w foliowych opakowankach.

Nie wiem, czy mieliście kiedykolwiek styczność z BNO. Na przykład w gimnazjum albo jeszcze bardziej odległych szkolnych czasach, zanim jeszcze przez myśl przeszło komukolwiek, że można by biegać nie tylko w trakcie wuefu. Ja tak. Razem z kilkoma koleżankami tworzyłyśmy dość zgrany i wyjątkowo utalentowany, wspaniały, odnoszący nieziemskie sukcesy zespół, dzięki czemu wuefista woził nas na zawody swoim prywatnym mini vanem i wszyscy świetnie się bawiliśmy. Pal sześć, że zwykle kończyłyśmy w tej czołówce raczej od końca, a na ostatnim biegu, jaki pamiętam, miałyśmy prawie sto pięćdziesiąt punktów karnych (tego punktu, którego nie znalazłyśmy, nie było, słowo honoru, że go nie było! Nikt mi nie wmówi, że przez pół godziny nie byłyśmy w stanie znaleźć głupiego punktu kontrolnego). Mimo to dostałyśmy super nagrodę w postaci zaproszenia na święto fasoli. Jupi!
Zapisując się na Kraków City Race spodziewałam się czegoś, co przypomni mi szczeniackie lata. Dostaniemy chwilkę na naniesienie punktów na mapę, kompas w dłoń i błąkamy się po okolicach, licząc, że punkt kontrolny, na który trafimy, nie będzie podstawiony dla zmyłki, żeby utrudnić życie tym, którzy nie zaznaczyli dobrze, dokąd mają iść.
Nie było tak źle :D To, czy punkt był tym, którego się szukało, można było łatwo zweryfikować. No i obszar zawodów był zdecydowanie mniejszy i nie obejmował terenu dżungli.
Tak wyglądał plac, na którym się gromadziliśmy. Jakieś piętnaście minut przed odprawą techniczną.
Wtedy jeszcze było jasno.
Wszyscy dostaliśmy czipy, które trzeba było wyzerować, ktoś tam coś powiedział, że nie wolno przechodzić przez ogrodzenia, po czym przeżyłam szok tygodnia. Jakiś pan poznał mnie z biegu sylwestrowego sprzed dwóch lat, kiedy byłam przebrana za lodówkę. Poznać mnie? Po takim czasie? Hahaha, niemożliwe! Ale wielkie pozdrowienia, chociaż pewnie tego nie przeczyta.

Start wyglądał tak, że każda osoba (albo drużyna, w zależności od wybranego poziomu trudności trasy) otrzymywała miejsce w kolejce do startu. Ja i Iwona, we dwie, jako że wybrałyśmy najłatwiejszy wariant (brawo, dobra decyzja!) miałyśmy startować w 16 minucie. Minutę przed startem wchodziło się do pierwszego "boksu", w którym jeden z organizatorów odhaczał nazwiska na liście, a ostatnie trzydzieści sekund spędzało się w drugim boksie, w pozycji desperackiego skłonu w przód, żeby jak najszybciej złapać mapę i móc ruszyć przed siebie.

Tak wyglądała nasza mapa. Trójkącik to start, kółko to meta, punkty były pięknie pozaznaczane!

Dzięki niezwykle rzadko spotykanej u ludzi tak dobrze wykształconej czujności zauważyłyśmy (tak bardzo sprytnie, y'know), że wszyscy, którzy biorą naszą mapę, za bramką skręcają w prawo. Dlatego, kiedy tylko wyruszyłyśmy w drogę, garmin został odpalony, pomknęłyśmy właśnie w tę stronę. I właśnie wtedy zaczęły się przygody!
Muszę przyznać, że czytanie mapy byłoby o wiele łatwiejsze, gdybyśmy nie zapomniały zabrać czołówki. Dużo łatwiej byłoby też, gdybyśmy w drodze do pierwszego punktu nie minęły drugiego i gdybyśmy od razu znalazły szósty, zamiast bezmyślnie dookoła niego biegać. Właściwie to wszystko szło by dużo łatwiej, gdybyśmy wiedziały, co robimy. Ale za to ile śmiechu! Ile zabawy!
I chociaż ten mój opis brzmi bardzo nieprofesjonalnie, to muszę przyznać, że spisałyśmy się na medal. Odnalazłyśmy wszystkie punkty w odpowiedniej kolejności i zmieściłyśmy się w czasie. Doskonała robota! Gdybyśmy jeszcze od razu zorientowały się, że po dobiegnięciu do mety trzeba zaczipować jeszcze "finish", to nasz oficjalny czas byłby lepszy o jakieś dwie minuty. Ostatecznie skończyłyśmy na szóstym miejscu.

Zdjęcie przy mecie - obowiązkowo!
Na wpół zamarznięte, z mocnym postanowieniem, że następnym razem czołówka pojedzie z nami, wróciłyśmy na mieszkanie. A dzięki zdobytym doświadczeniom na następnej edycji Kraków City Race na pewno wygramy!
Soł. Jeśli zastanawiacie się, czy chcielibyście wziąć udział w takiej imprezie, to obiecuję, że odpowiedź brzmi TAK! Nie wiem, czy można to wygrać tak o, z marszu, pewnie nie. Prawdopodobnie za pierwszym razem będzie się tak beznadziejnym, jak my. Ale zabawa niesamowita! No i start kosztował 5 złotych.

W razie gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda wczorajszy wieczór w punktu widzenia endomondo, to odsyłam tutaj: KLIKSY


A teraz trzeba coś ogarnąć na jutro. Moja biedna, chora noga jest już tak wymęczona lodem i maściami przeciwzapalnymi, że więcej nie wytrzyma. Trzymajcie kciuki, żeby jutro udało się na Marzannie. A przez "udało" rozumiem dwie opcje: 1) dobiegam do mety 2) mam jaja, żeby zejść z trasy, jeśli okaże się, że moja noga jest za bardzo zepsuta, żeby dobiec do mety.
Powodzenia wszystkim biegnącym!

18 mar 2015

Jak bardzo bieganie nas zmienia

W wielu miejscach można przeczytać o tym, jak zbawienny wpływ na ludzkie ciało ma bieganie ("Ale nie boisz się, że zniszczysz sobie kolana???"). Wzmacnia, odchudza, daje w prezencie piękny poślad. To na plus. Są też ludzie, którzy koncentrują się tylko i wyłącznie na tym, że łydki nie mieszczą się w skinidżinsach, a od spodenek robi się nieciekawa opalenizna. Tak pięknie się różnimy, a jednak mamy coś wspólnego. Mogę się założyć, że każdy, kto lubi sobie czasem pośmigać, odkrywa, że bieganie wpływa nie tylko na to, jak wyglądamy. Przezwaja też mózg. Bardzo. 
W ostatnich dniach jakoś się tak złożyło, że dużo myślałam o tym, jak bardzo zaczęłam się różnić od wielu moich znajomych. A doszło to do tego stopnia, że ze względu na totalnie odmienny styl życia z kilkoma osobami straciłam kontakt niemalże zupełnie. 
Z tych rozmyślań powstał taki oto post. Wymienię wam kilka rzeczy, które zauważyłam, a wy dajcie znać, czy się ze mną zgadzacie, okej?

obrazek z kampanii Adidasa z kiedyś-tam, y'know

PO PIERWSZE - UCZY SZACUNKU DO WŁASNEGO CIAŁA
To chyba najbardziej rzuca mi się w oczy, kiedy mam kontakt z biegającymi ludźmi. Słyszę (i sama czasem rzucam) teksty w stylu "O matko, ale przytyłam. Mam dwanaście brzuchów", ale takie słowa nigdy nie oznaczają, że następnego dnia zacznie się głodówkę, żeby w ciągu tygodnia stracić trzy kilo i dwa lata zdrowia. Kiedy odkrywa się, do czego jest zdolne ludzkie ciało, że potrafi robić rzeczy, które są super, nie da się go nienawidzić. Można nie czuć się w nim super pewnie, można chcieć, żeby wyglądało trochę chociaż inaczej, ale przestaje się toczyć z nim walkę. Bo z czasem rozumiemy, że jeśli wpadnie nam do głowo, żeby walczyć i nienawidzić siebie, to bez względu na to, jakie efekty osiągniemy, jesteśmy na przegranej pozycji.

PO DRUGIE - ZMIENIA SPOSÓB POJMOWANIA WOLNOŚCI

Ta zmiana szczególnie skłoniła mnie do napisania postu. Anegdotka: na zajęciach ze szwedzkiego graliśmy w super intensywnie edukacyjną grę, w której trzeba było odpowiadać na wylosowane pytania, a reszta uczestników musiała zadać jakieś dodatkowe pytanie. Ja miałam wymyślić, kim chciałabym być, gdybym miała być jakąś sławną osobą. Bez chwili zastanowienia stwierdziłam, że Emelie Forsberg. Rzecz dla mnie oczywista. Zaraz jednak padło pytanie, którego wtedy totalnie nie zrozumiałam - czy nie wolałabym być kimś pięknym, sławnym i bogatym, na przykład aktorką.
Nie. Co więcej, w tamtej chwili nie potrafiłam wyobrazić sobie (okej, dalej nie potrafię, pewnie dlatego wtedy zachowałam się trochę, jakbym nic nie rozumiała), żebym mogła chcieć być kimś, kto musi codziennie pięknie się malować, bo w drodze do warzywniaka może trafić na stado fotografów. Taka wizja tak bardzo odbiega od mojego poczucia wolności i szczęścia, że w ogóle jest czymś abstrakcyjnym.
Co innego wygodny plecaczek do biegania, dzień w górach i jeżyny.

PO TRZECIE - REORGANIZUJE FINANSOWE PRIORYTETY

Tu będzie krótko.
"Słyszałaś, że w Lidlu są rzeczy do biegania?"



PO CZWARTE - ZMNIEJSZA WRAŻLIWOŚĆ NA RZECZY, KTÓRE POWSZECHNIE UZNAWANE SĄ ZA FUJ

Trochę o tym pisałam już tutaj: Bieganie jest takie ładne!
Ktoś ochlastał cię mieszanką potu i wody, którą wylał sobie właśnie na głowę? Przez przypadek cię osmarkał? Twoje nogi lepią się od dziesiątek rozdeptanych i rozgrzanych na asfalcie bananów?
Trudno. Biegniesz dalej.
Ktoś wymiotuje na trasie albo za metą?
Trudno. Biedny człowiek.
Kapie ci z brody albo twoja twarz zamieniła się w kopalnię soli?
Będzie nieprzyjemnie, jak dostanie się do oczu. Trudno.
A co, jeśli ktoś zabierze na zawody niewypróbowany wcześniej żel? A jak będzie się bardzo chciało sikać gdzieś w połowie drogi miedzy polami? Obtarcia? Bąble na stopach? Czarne paznokcie? A jak się wpadnie w błoto? Rozdepcze żabę?
Trudno.

PO PIĄTE - OSWAJA Z BÓLEM
To można powiedzieć chyba o każdym sporcie, który wymaga ruchu i intensywnej pracy mięśni. Historia z życia Małgi: mamy na mieszkaniu dwie biegaczki i dwie piłkarki ręczne. W zamrażarce trzymamy lód, a w szufladach Bengaya, bandaże i maści przeciwzapalne. Biegamy z zakwasami, chodzimy po schodach z różnymi bolącymi częściami ciała i trzymamy się dzielnie. Nie płaczemy za bardzo z powodu czegoś, co w ciągu tygodnia się naprawi.
Dowód numer dwa: człowiek kupuje sobie rolkę do masażu. Przy pierwszym użyciu przekleństwa słychać w promieniu dwóch kilometrów. Dwa miesiące później ten sam człowiek roluje i czyta gazetę równocześnie.

PO SZÓSTE - UCZY SZTUKI ORGANIZACJI CZASU I JEDZONKA (też)

Co się robi w niedzielny wieczór? Planuje się posiłki na tydzień, żeby wiedzieć, co kupić do jedzenia.
Co się robi wieczorem? Ustawia się na blacie rzeczy, które rano chce się wrzucić do omleta albo przygotowuje jedzenie do pudełka, bo następny dzień spędzi się poza domem.
Co się robi dwa tygodnie po najważniejszym starcie w sezonie? Rozpisuje się nowy plan treningowy.
Co zawsze ma się w torebce? Kalendarz.
Jeśli można powiedzieć, że jest coś, czego  każdy, kto zaczyna biegać trochę bardziej na serio, z pewnością się nauczy, to na pewno chodzi o umiejętność gospodarowania czasem. Kombinowanie, wielozadaniowość i wciskanie treningów w absurdalne pory w ciągu dnia staje się z normą.


PO SIÓDME - ROZSZERZA PRZESTRZEŃ OSOBISTĄ

Wszyscy twierdzą, że przestrzeń, w której powinni się znajdować ludzie, z którymi mamy kontakt na co dzień, rozciąga się od 1 do około 3 metrów od nas. Bliżej mogą podchodzić tylko bliskie osoby.
Ale słowo honoru. Kiedy wraca się do domu po ciężkim treningu, po jakichś interwałach albo miliardzie podbiegów i stoi się w kolejce do kasy, bo zapomniało się wcześniej kupić bułkę na kolację, to przestrzeń osobista zdecydowanie się rozszerza. I nagle odczuwa się jakąś dziwną agresję w stosunku do faceta, który stoi za nami i stoi zdecydowanie zbyt blisko.
Wrrrrr! Ble! Idź sobie!


Z tym oswajaniem z bólem to chyba nie do końca prawda. Jakaś płaczliwa i rozdrażniona jestem, kiedy muszę odpuścić bieganie, bo coś boli za bardzo.

6 mar 2015

Bieg Tropem Wilczym

Ani odrobinkę nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że serio serio piszę ten post prawie od tygodnia i przynajmniej trzy razy kasowałam go całkowicie. Jakoś mi nie wychodzi chwalenie się, a tak się śmiesznie składa, że w minioną niedzielę po raz pierwszy ever dobiegłam do mety jako druga z biegaczek wszelkich! Jeszcze śmieszniejsze, że dzień wcześniej chodziłam po domu i żartowałam, że jadę wygrać bieg. Prawie miałam rację.

Wcale nie planowałam takiego biegu. Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że około 20 km od mojego domu jest organizowany Bieg Tropem Wilczym i pierwszych sto osób dostanie pakiety startowe za darmo. No lubię darmowe starty, okej?
Przepadłam. Przeplanowałam powroty z Krakowa do domu, zepsułam totalnie wszystkie plany, które miałam wcześniej i postanowiłam odwiedzić Zakliczyn. (I słusznie, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.)
Od samego początku nastawiałam się na ten bieg z myślą, że mam dać z siebie wszystko, sprawdzić, gdzie jestem z moimi przygotowaniami do maratonu, porównać to z tym, gdzie być powinnam i zorientować się, w jaki czas celować na Półmaratonie Marzanny. Brzmi, jakby dużo zależało od tego biegu, co? Dobrze brzmi. Nawet jeśli zamiast 10 kilometrów musieliśmy biec 11.
Przed startem miałam taką kluchę w gardle, że słowem nie odezwałam się do Night Runnersów, tylko łaziłam dookoła i rozmawiałam z pijaczkami, którzy stwierdzili, że tak ładnie się rozgrzewam, że na pewno wygram. Tylko żebym wybrała dobrą strategię biegu - najpierw trzeba lecieć super szybko, tak, żeby załatwić sobie miejsce w czołówce. Potem trzeba zwolnić, żeby mieć siły na mocny finisz. Powiedziałam OKEJ! Dzięki za dobrą radę, będę się starała! I ustawiłam się na starcie.

źródło:radiokrakow.pl, widać moje buty!

Ja p#(*%&(#@ jak tam po drodze wiało! Ale tyyylko do siódmego kilometra, potem już nie. Nieważne, że po siódmym kilometrze to już prawie był koniec. Starałam się, mordowałam, leciałam jak szalona, aż polubiłam gumki do włosów. Wszystko po to, żeby wycisnąć to średnie 4:50 i nie odpuścić, nawet kiedy zdawałam sobie sprawę z tego, że mam dość przewagi nad kolejną kobietą, żeby móc spokojnie odpuścić. Nope. Nie biegłam po to, żeby być szybszą od innych, tylko żeby utrzymać swoje założone, święte i nieodwołalne tempo.
I udało się! Skończyłam z średnim tempem w granicach 4:51, było pięknie, wesoło, a potem wieczorem spało mi się bardzo dobrze.

Powiecie: cóż to za tempo, to nie jest tempo na drugie miejsce w KA, w Warszawie to byś była tysiącmilionowa.
Może i tak! Ale ja biegłam w Zakliczynie :D

źródło: facebookowy profil biegu w Zakliczynie



7 lut 2015

Jak biegać w terenie i nie skończyć marnie?

Być może już ktoś zauważył, że należę do małych kłamczuchów i chociaż z maczetą zdecydowanie biega się po mieście (No bo co można maczetować w krzakach? Brzózkę i mech?), to ja w pełni odżywam dopiero wtedy, kiedy chociaż na chwilę mogę zejść z chodnika.
Ziemia, szutry, liście, trawa. Jestem dziewczynką ze wsi.



Problem w tym, że matka natura niekoniecznie dba o bezpieczeństwo ludzi, którzy opuszczają swoje stada i schodzą z oznaczonych ścieżek. W trawie czyhają jadowite węże. Za drzewami kryją się krwiożercze potwory. Niepozornie wyglądające kłącza czekają tylko, żeby powalić człowieka na ziemię i owinąć się wokół gardła.
Co zrobić, żeby móc biegać po krzakach, wrócić cało do domu, a co więcej - czerpać z tego przyjemność? (Uwaga: oparte na najprawdziwszych, najautentyczniejszych, najrzeczywistszych faktach)

1. WYBRAĆ ODPOWIEDNIE UBRANIA
Latem trzeba pamiętać o kilku ważnych rzeczach: komarach, kleszczach, kolczastych pędach. Dlatego koniecznie trzeba zabrać czapkę, wyższe skarpetki i w razie potrzeby użyć spreju na wściekłe owady.
Zimą nie trzeba przygotowywać się na armageddon pokroju "Władcy komarów". Wystarczą zwykłe ubrania. Jeśli ma się stuputy (getry też się sprawdzają, trust me), mogą się przydać, śnieg nie będzie wchodził do skarpetek.
I generalna zasada: trzeba liczyć się z tym, że do domu wracać się będzie trochę brudnym. Najpiękniejsze kurteczki i spodenki trzeba zostawić na inną okazję. A tym bardziej nowe buty.




2. UWAŻAĆ NA ZWIERZĘTA
Lasy i łąki nie są terenem ludzi, tylko zwierząt. Więc nie można się złościć na to, że nagle z trawy wystrzeli w powietrze gromadka bażantów albo saren. Trzeba tylko zadbać o to, żeby nie umrzeć na zawał i nie zderzyć się z nimi. Dlatego, jeśli wiemy, że biegniemy w okolicy, gdzie lubią się chować leśne stwory, warto od czasu do czasu klasnąć albo zakaszleć, żeby miały chwilę na ogarnięcie sytuacji i zniknięcie.
Dziki. Dzikom trzeba zejść z drogi. Zawsze.
Latem nie wolno zapominać o żmijach. Po łące należy biec jak stado słoni, żeby wszyscy słyszeli.
Ale jest też druga strona zwierzęcego świata, nie wszystko chce nas wykończyć. Piękne ptaki, motyle, jaszczurki, na nie też warto zwracać uwagę!



3. OBSERWOWAĆ OTOCZENIE
Ta zasada obowiązuje przez cały rok. Jeśli nie będziemy patrzeć pod nogi, prędzej czy później coś się nam w te nogi wbije albo elegancko przejedziemy kawałek na brzuchu. Koniecznie unikajmy niepewnych ścieżek przy stromych zboczach, a jeżeli już zsuwamy się w przepaść, to szybko trzeba łapać się drzewek i korzeni. Zimą warto unikać miejsc, w których nagle kończą się ślady zwierząt i odbijają w inną stronę. Bardzo możliwe, że przed nami rozciąga się błotna polana albo schowane pod śniegiem ostre kamienie.



4. STAŁA CZUJNOŚĆ! (ryknął Szalonooki Moody)
Ten punkt łączy się bezpośrednio z trzecim. Jeśli biegniemy wyznaczonym szlakiem - spoko, nie ma problemu. Ale jeśli z niego zbaczamy, to nie można się zagapić i zapomnieć, gdzie i w którą stronę się skręcało. A kiedy odkrywa się, że droga z powrotem gdzieś zginęła, to w ciągu kilkunastu sekund dobija się do HRmax. Może się też okazać, że nasza trasa akurat przebiega przez teren wojskowy. Wtedy też HRmax.



5. CHWYTAĆ CHWILĘ
Z góry zakładam, że do lasu nie wybieramy się, kiedy w planie mam interwały albo narastające tempo. To raczej rozrywka na luźne, spokojne biegi, które biorą pod uwagę to, że nie wszystkie słupki na endomondo będą miały tę samą wysokość. Nie wolno spinać się, kiedy okaże się, że super ekstra stroma górka masakruje tempo, czasem może się okazać, że konieczny będzie chwilowy postój. A czasem zatrzymanie wymusi jakiś piękny widok, krzak leśnych malin albo (jeszcze lepiej!) jeżyn lub borówek. Może to jakaś moja wydumana filozofia, ale wierzę, że niejednokrotnie takie rzeczy są ważniejsze, niż super czas na treningu.




A jak sprawa wygląda u was? Trzymacie się asfaltu czy ruszacie czasem w nieznane?

1 sty 2015

Przytul świeżynkę!

Wraz z nastaniem nowego roku wieeeeeeele osób postanawia wziąć się w garść i zacząć dbać o swoje ciało. Albo właściwie schudnąć. Właściwie to większość planuje schudnąć, a znikomy procent stawia sobie za cel zdrowy styl życia. Nieważne. Chodzi o to, że drugiego stycznia szturmują sklepy sportowe, gabinety dietetyków i siłownie, wydają grube pieniądze tylko po to, żeby po kilku tygodniach stwierdzić, że jednak wcale nie są aż tak zdesperowani, żeby poświęcać swoje milutkie, wieloletnie przyzwyczajenia. I w jakiś tajemniczy sposób po noworocznych postanowieniach zostaje mgliste wspomnienie, które odżyje dopiero za rok (z podobnym skutkiem, jak za pierwszym razem). 




Wszyscy śmieją się z nowych fit-szaleńców, noworocznych nowicjuszy na siłowniach i dyszących początkujących biegaczy, którzy wyrwali się sprzed telewizora, wierząc, że tym razem uda się im osiągnąć sukces. To przecież takie zabawne.




I wiecie co? Nie znoszę tych ludzi!
Tych, którzy się śmieją, rzecz jasna. Zupełnie, jakby sami nigdy nie byli początkującymi i od samiuśkiego początku byli pewni, że nowa aktywność okaże się dla nich odpowiednia. A przecież nie zawsze okazuje się, że pierwsza rzecz, której spróbujemy, okazuje się strzałem w dziesiątkę.
Dlatego wielka prośba
Jeśli ktoś z waszego otoczenia chce zmienić się na lepsze, zrobić z sobą coś sensownego, to pomóżcie
Pokażcie, jak biegać, żeby się nie udusić i nie zagotować, doradźcie fajne ćwiczenia, podrzućcie ciekawy przepis na zdrową przekąchę i okażcie zainteresowanie.
Bo jeśli zostaną sami, to na pewno im się nie uda.

Wiem, że noworoczne postanowienia miałyby większe szanse powodzenia, gdyby nie były noworoczne, tylko zostały podjęte, dajmy na to, 17 listopada w czwartek o 19 i od razu były realizowane. Tak z głupka, spontaniczne rzeczy zwykle są najlepsze. 
Ale skoro już ten nowy rok uchodzi za taką okazję do podejmowania przełomowych decyzji, to niech już będzie. Może to komuś akurat doda sił.
Nie bawmy się w nadętych specjalistów, którymi pewnie w 95% przypadków nie jesteśmy. Wspierajmy, zamiast tworzyć przeszkody, okej?



2 gru 2014

Polistopadzie oznacza koniec odpoczynku!

Mam nadzieję, że wszyscy zauważyli, że listopad się skończył!

Patrzę sobie na to endo, patrzę, patrzę i stwierdzam, że lubię leniuchować. Niby tak na co dzień wygląda na to, że ooo, bieganie, heja, ruszać się lenie, heja, a kiedy przychodzi co do czego, to lubię sobie poleżeć. Odpocząć i pocieszyć się tym, że mogę wszystko. Wszystko? Wszystko.

Smile? Smile i na zino!

Kiedy jest czas na ciśnięcie na treningach - cisnę i potrafię czerpać z tego przyjemność, bo wiem, że staję się szybsza i silniejsza. Kiedy jest czas na leniuchowanie, leniuchuję i jest równie fajnie.
Rów no wa ga!

A teraz do rzeczy.




O tym, że planuję trochę biegowo odetchnąć, pisałam już w październiku (o tutaj dokładnie). Plan był następujący - bieganie trochę pocierpi kosztem innych fajoskich rzeczy. Miały być stabilki, proprorirprororporrpocośtamcepcja, siła biegowa (No nie mogę. Serio myślałam, że sama z siebie będę to robić? Serio?) i całe mnóstwo rozciągania.

A co było?
Zaiste, bieganie leżało i kwiczało. I dobrze!
No wszystko oprócz podbiegów (ale podbiegi będą w piątek), a nawet dużo więcej! Na początku miesiąca spodziewałam się, że listopadowy kalendarz będzie przypominał październikowy, a teraz patrzę (patrzę, patrzę) i nie wierzę, że aż tak się zazieleniło. Znalazłam nawet czas na rolki i siłownię pod chmurką (Iwona: na placu zabaw dla 60+)!

I je stem ta ka peł na za pa łu do pra cy!
Bo 1 grudnia zaczęłam nowy plan treningowy!
(Ale ciiiii, żeby nie zapeszyć!)

PS Zauważyliście, jaki ładny klikacz Like mam na bocznym pasku? Zawdzięczam to Monice Mistrzyni Informatyki i jej znajomości Matrixa. I dziękuję bardzo!
 Bo tak ogólnie to teraz chwalę się swoim fenomenalnym biegowym życiem również na facebooku. To tak swoją drogą. Zapraszam!

22 lis 2014

Retyświęta! Co na prezent?

Zaczyna się! Choinki, gwiazdeczki, Last Christmas. Czas pisania listów do świętego Mikołaja i zostawania pomocnikiem czerwonego kapturka.


Nie wiem, na ile się ze mną zgodzicie, ale biegacze tak naprawdę są łatwi w obsłudze, jeśli chodzi o prezenty. Wystarczy drobiazg związany ze sportową pasją, żeby w oczach pojawiły się wszystkie iskierki świata.
Właśnie teraz jestem na etapie tworzenia mojego listu, którego realizacja z założenia miałaby sprawić mi przyjemność, a równocześnie nie wykończyć finansowo świętego. Przy okazji postanowiłam stworzyć listę pięknych rzeczy, które mogą ucieszyć biegacza, może kogoś to zainspiruje.

Lecimy po kolei!


KSIĄŻKA O BIEGANIU
Najprostsza opcja i niewymagająca wielkich nakładów finansowych. Moda na bieganie sprawiła, że obecnie na sklepowych półkach możemy znaleźć naprawdę duży wachlarz biegowych pozycji.
źródło: ergo-sklep.pl
ODŻYWKI
Jeśli ktoś korzysta z izotoników, żeli energetycznych albo odżywek białkowych, to nowa dostawa pyszności ulubionej firmy z pewnością jest dobrym pomysłem! 

źródło: ergo-sklep.pl
KOSMETYKI
Biegacze też chcą być piękni :) Specjalne kremy, które uchronią skórę biegacza przed mrozem, pomadka, sól do kąpieli.
źródło: norafsport.pl

SKARPETKI!
Paradoksalnie, biegacz może cieszyć się z pary skarpetek pod choinką/poduszką. Dlaczego? Bo skarpetek nigdy dość. A jeszcze lepiej, jeśli dostaje się takie pro, ładne, nieobcierające.


OPASKI/SKARPETKI KOMPRESYJNE
Nie czarujmy się, to dość droga przyjemność, na którą niezbyt wielu sobie pozwala. Ale może warto spróbować? Trzeba tylko pamiętać, że jeśli chcemy uszczęśliwić kogoś takim prezentem, to trzeba zdobyć informacje niezbędne do wyboru odpowiedniego rozmiaru.

źródło: natural-born-runners.pl


FOAM ROLLER
Taki ładny wałeczek, który ponoć potrafi zdziałać cuda. Do masażu, ćwiczeń, wielozadaniowy. A ile kolorów!

źródło: allegro.pl

WSZYSTKIE UBRANIA ŚWIATA
Koszulki, spodenki, rajtki supermana, kurteczki... Dobra para legginsów biegowych potrafi służyć naprawdę dużo, a koszulki... To już w ogóle. Ich zawsze jest zbyt mało. Wybór w sklepach i w internecie jest powalający. Wszystkie możliwe kolory, odblaski, wzorki, marki i ceny w zależności od tego, na jaką ofertę się trafi.

źródło: runnersclub.pl

TORBA SPORTOWA
Jeśli wasz biegacz/ wasza biegaczka lubi brać udział w imprezach sportowych, to torba/plecak należy do kategorii must have. Bo gdzie indziej wrzucić ręcznik i ubrania na zmianę? Gdzie schować pomaratońskie M&Msy i sto miliardów biegowych przydasiów? Otóż to. W sportowej torbie! Jeszcze fajniejsze, niż takie zwykłe, są takie z osobną przegródką na buty. Przydaje się, kiedy te, w których się biegło, są mokre i fu.

O, taka na przykład, jak moja.
źródło: bazarek.pl

GADŻETY BIEGOWE
Tu pole do popisu jest największe. Zaczyna się od sznurówek ze specjalnymi zgrubieniami zapobiegającymi przesuwaniu. Oprócz tego: nakładki antypoślizgowe, odblaski, diody, kamizelki, bidony, pasy, plecaki, bukłaki, biżuteria, bransoletki ICE, opaski, okulary, czołówki, buffy, czapeczki, rękawiczki, opaski na telefon, pasy do numerów startowych, wieszaki na medale... No lista nie ma końca. A wszystko takie piękne, że szkoda słów!

źródło: bizuteriasportowa.sklep7.pl

BUTY!
To chyba najdroższy i najbardziej skomplikowany z prezentów na mojej liście. Bo żeby trafić z butami, trzeba wiedzieć, jakie obdarowywana osoba chciałaby dostać. I znać rozmiar. I właściwie wiedzieć wszystko, co tylko można o czyichś butowych preferencjach wiedzieć. Ale buty to jest COŚ.

Absolutnie kosmiczne marzenie w absurdalnie wysokiej cenie.
To nic. Poczekam jakieś dziesięć lat na przeceny...
źródło: adidas.pl

Co ja chciałabym dostać? Najlepiej wszystko, o czym pisałam i jeszcze troszkę więcej!
A was co ucieszyłoby najbardziej?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...