![]() |
Foto: facebook - strona połówki |
Ten weekend był ekstremalnie ciężki i zaczął się od tego, że w piątek około południa odebrałam pakiet startowy. Pogadałam troszkę z miłymi ludźmi z biura zawodów, podpisałam papierki i dostałam koszulkę, fafnastą kamizelkę z milionami znaczków PZU i zestaw ulotek w takim śmiesznym wokoplecaczku. Nawet cool. Przy okazji kupiłam sobie na kiedyś na spróbowanie dwa żele Squeezy - malinowy i brzoskwiniowy i...
No tak. Odebrałam zniżkę na następną edycję CM, którą zamierzam (na chwilę obecną) zaszczycić moją obecnością.
Zaraz potem wróciłam na 24 godziny do domu i w sobotni wieczór z powrotem pojawiłam się w Krakowie. Nie mogłam się powstrzymać i wpadłam po drodze na rynek, żeby sprawdzić, co jak wygląda. Wyglądało.
Mniej więcej półtorej godziny po tym zdjęciu byłam już u koleżanek na mini imprezce. Błąd, powiecie. Na szczęście nie, bo z powrotem byłam akurat na czas, żeby, uwzględniając wygraną w zmianie czasu godzinę, wyspać się :) Chociaż przyznam, że jadłam i piłam rzeczy, których raczej unika się przed biegami... Nevermind. To taka rada na przyszłość - jeśli będziecie rozsądni, to nawet takie dziwne przygody nie będą przeszkodą w trakcie biegu!
Ustawiłam dwa budziki ( w razie gdyby któryś nie zadzwonił), zgasły światła i po kilku godzinach powinny powitać mnie milutkie promienie słońca towarzyszące chłodnemu, ale ładnemu porankowi, który obiecywały google. Nie, nie spodziewałam się, że kiedy wyjrzę przez okno, nie zobaczę kompletnie nic. Mgła była tak gęsta, że z trudem dawało się zauważyć szkołę, koło której mieszkamy.
A najzabawniejsze, że nic nie wskazywało na to, żeby w ciągu trzech godzin miało się cudownie przejaśnić. Wypełzłam więc siłą woli spod kołdry i zebrałam wszystkie klamoty, bla bla bla, po czym wybyłam w drogę na rynek, skąd mieliśmy wystartować. I w tym momencie kończą się moje super ekstra zdjęcia a'la relacja na żywo. Godzinę, którą miałam w zapasie spędziłam w kolejce do toi toia i komponując własną koszulkę z PZU! Ach, odezwała się we mnie artystyczna dusza!
I teraz muszę się przyznać.
Troszkę oszukiwałam, mówiąc, że zamierzałam pobiec całkiem na luzie.
Tak odrobinkę oszukiwałam, bo któregoś dnia stwierdziłam, że jeśli (wiedząc, że stać mnie na więcej) poddam się bez walki, to to będzie zmarnowany bieg. Bezsensowny. I będę żałowała, że nie wykorzystałam szansy na coś niezwykłego - poprawienie życiówki na 10, 21.097 i 42.195 kilosików. Brzmi kusząco, co nie?
Tym razem bieg zapamiętałam dość szczegółowo. A przynajmniej pierwszą połowę.
Plan był taki - staram się biec w granicach 5:10, ewentualnie 5:15, do 20 góra. Jeśli uda się dotrzeć do mety choćby minimalnie poniżej 1:50, to będzie super. Jeśli się nie da, to dobrze by było, gdyby choć odrobinkę zabrać z dotychczasowej PRki 1:57:cośtam.
Chciałam pobiec za balonikami, żeby nie musieć przejmować się kontrolowaniem tempa, ale gdzieee tam! Baloniki widziałam tyllko z oddali, bo ścisk przed startem był tak wielki, że nie dało się przepchać, nie rozdeptując innych ludzi na miazgę.
Pierwsze cztery kilometry były rozpaczliwą próbą dogonienia zająców. Szkoda, że bezskuteczną. Potem się poddałam i postanowiłam biec na własną rękę, podejrzewając, że dalsze pędzenie mogłoby się na mnie okropnie zemścić w końcówce. Różnie mi to wychodziło, ale ciągle miałam odrobinę zapasu. Wszystko było super. Nogi ładnie mnie niosły, udawało mi się znajdować miejsca, gdzie mogłam przesmykiwać się miedzy wolniej biegnącymi ludźmi, przybijałam piątki dzieciaczkom i takie tam.
Do mniej więcej 10,5 kilometra. Nagle poczułam się dziwnie, jakby niespodziewanie miało mi zacząć kapać z nosa. Zdarza się, szczególnie jeśli jest zimno i się biegnie. Usłyszałam, że ktoś krzyczy "Dajesz Małga, dajesz!" (Mateusz?) i wytarłam nos wierzchem dłoni, żeby nie robić kompletnej wiochy. I to była najstraszniejsza chwila ze wszystkich biegów, bo na ręce została mi smuga krwi.
Super, co?
Totalna panika, zatrzymałam się na chwilę, żeby poczekać, aż nos przestanie mnie sabotować i po chwili ruszyłam. Niepewnie, dalej z chusteczkami przyciśniętymi do nosa i spuszczoną głową. Nie potrafię teraz opisać, co wtedy czułam, ale pamiętam, że byłam naprawdę bliska płaczu. Bo jeszcze nigdy nie zeszłam z trasy, nigdy nie działo się nic złego. Nie mogłam zrezygnować z tego akurat biegu! Na szczęście po jakichś dwóch - trzech minutach było po dramacie. Wiem na 90%, że to nie był efekt tego, że pocisnęłam zbyt mocno, albo coś, bo od kilku dni chodzę z chusteczkami pod ręką. Nie spodziewałam się tylko, że mój organizm będzie taki ble i zdenerwuje mnie w trakcie biegu.
I tu zaczyna się druga połowa biegu, kiedy boję się biec szybciej, niż najwolniejsze zakładane tempo i z uporem maniaka trę nos co kilkanaście sekund, żeby upewnić się, że wszystko jest okej.
Do mety dotarłam pięć minut szybciej, niż poprzednim razem - 1:52:02.
Czy tylko mnie rozczarował ten medal? Na obrazku wyglądał... ee... Lepiej? |
Wzięłam wodę, folijkę i zaczęłam błądzić w złotym tłumie z myślą, że jestem zadowolona i wiem, że mogłoby być lepiej. To było bardzo przyjemne. Takie odprężenie - ostatni start, nowa życiówka...
Szybko ubrałam, co miałam, wliczając czapkę i rękawiczki i pognałam na obiad, który przygotowała moja współlokatorka ze swoim chłopakiem.
Teraz siedzę, gofra już dawno zjadłam i... Znów jestem głodna.
Co mogę powiedzieć tak w ramach podsumowania? Nawet gdyby nie złe wydarzenie na trasie, nie pobiegłabym prawdopodobnie poniżej 1:50. Zwyczajnie nie starczyłoby mi sił i determinacji. Więc żeby nikt nie myślał, że bluzganie krwią na prawo i lewo to moja ładna wymówka!
A co oznacza ostatni bieg? Początek realizacji "planów na najbliższe miesiące" :D
Koniec nudzenia!